

Czyste piękno. Za nim podążam. Dziś dwa wspaniałe przykłady, które zachwycają mnie od lat.
W doskonałej harmonii.

Grupa O.M.D. – co rozwija się w „Orchestral Manoeuvres in the Dark„, to zasadniczo duet dwóch utalentowanych muzyków: Andy McCluskey i Paul Humphreys. Ten drugi był przez wiele lat partnerem życiowym i twórczym przecudownej Claudii Brücken, ale nie o tym teraz. Panowie tworzą inteligentną muzykę synth-popową już ponad cztery dekady. Ich muzyczny styl ukształtował się na przełomie lat 70 i 80 ubiegłego wieku, kiedy powstały albumy „Orchestral Manouvres in the Dark” (1980), „Organisation” (1980) i „Architecture & Morality” (1981).
Warto posłuchać tego surowego, lecz wskazującego na niezwykły talent i ogromną wyobraźnię zestawu płyt. Zrób to kiedy w domu jest cicho, na dobrym sprzęcie, z dobrego źródła (np. przez Apple Music), tak żeby móc zanurzyć się w strumień syntezatorowych brzmień przełamanych pulsującym rytmem gitary basowej Andy’ego i wieloma warstwami dźwiękowymi stworzonymi przez Paul’a i wspomagających zespół producentów.
Polecam zwłaszcza ostatnią z powyższych płyt:
O.M.D. zawsze był nieco z boku. Mimo setek milionów sprzedanych płyt, panowie idą swoją drogą, przez chwilę tylko ulegając pokusie tworzenia piosenek bardziej komercyjnych – łatwiejszych w odbiorze. Tytuł powyższego albumu wzięty został od książki, którą przeczytała Martha Ladly, z fenomenalnej, choć zupełnie zapomnianej formacji Martha and the Muffins.
„Ladly, będąca również projektantką, była wówczas dziewczyną Petera Saville’a, autora projektu okładki albumu. McCluskey uważał, że tytuł Architecture & Morality oddaje współgranie ludzkich i mechanicznych aspektów OMD: ‘Mieliśmy „architekturę”, czyli technologię, automaty perkusyjne, sztywne granie, próbę wyrwania się z ram poprzez użycie specjalnie zaprojektowanych brzmień, oraz „moralność”, czyli to, co organiczne, ludzkie, emocjonalny akcent, który wnosiliśmy naturalnie.’”
Tutaj „architektura” była tylko przenośnią, ale grupa wielokrotnie wracała do niej także dosłownie. I wiemy przez to, jaka szczególnie jest im bliska. W 2023 ukazał się ostatni jak dotąd premierowy album O.M.D., zatytułowany „Bauhaus Staircase„:

Przechodzimy w końcu do sedna, tej z pozoru chaotycznej opowieści. Czym był Bauhaus?
Bauhaus to rewolucyjna szkoła założona w 1919 roku w Weimarze przez niemieckiego architekta Waltera Gropiusa. Jej celem było zatarcie granic między sztuką a rzemiosłem i stworzenie nowego języka projektowania, dostosowanego do epoki przemysłowej.
To tam właśnie upowszechniano – poprzez kształcenie młodych adeptów rzemiosła artystyczno-projektowo-architektonicznego – idee, które opisujemy jednym zgrabnym, choć z konieczności bardzo pojemnym słowem: MODERNIZM.
Spotkały się tu takie indywidualności jak Walter Gropius, Paul Klee, Wasyl Kandiński, László Moholy-Nagy, Ludwig Mies van der Rohe i wiele, wiele innych wspaniałych i szalonych twórców.
Ostatni z wymienionych, Ludwig Mies van der Rohe był architektem. Człowiekiem, który czuł jak mało kto samo sedno nowych prądów jakie krążyły po Świecie na początku XX wieku. W Ameryce stworzył wiele „drapaczy chmur” o formie sprowadzonej do surowych prostopadłościanów poszatkowanych regularną siatką okien, ale ja podziwiam zwłaszcza jego małe formy, a wśród nich Dom Edith Farnsworth – idealny przykład ultranowoczesnej, bezkompromisowej konstrukcji – marzenia każdego ekshibicjonisty. Widać go na górze tej strony, a tak prezentuje się widok z jego salonu:

Budynek powstał w latach 1949-1951 i ma wiele wad. Wynikają one przede wszystkim z pragnienia osiągnięcia zamierzanego efektu bez oglądania się na obiektywne przeciwności, głównie technologiczne. Wielu ostrożnych i rozsądnych ludzi żachnie się w tym miejscu. A gdy wspomnę, że ten pozornie prosty pawilon kosztował 70 000 ówczesnych dolarów, co z uwzględnieniem inflacji daję dziś kwotę niemal ich miliona, a ma zaledwie 140 m², to zaczną rwać sobie włosy i biegać po pokoju pomstując na głupotę i rozrzutność ludzi, którym pieniądze przychodziły chyba zbyt łatwo. Być może mają rację.
Ale nie o to chodzi, żeby w życiu robić tylko to, co jest najbardziej optymalne, rozsądne, oczekiwane i śmiertelnie nudne! Więcej nawet – ci którzy postępują tylko racjonalnie, jakby nie żyli wcale!! I nie pozostanie po nich żaden element, który mógłby być materialnym, lub intelektualnym DOBREM. Nie dołożą się nijak do owego kolorowego rozgardiaszu, którym zachwycają się miliony konsumentów rzeczy nadzwyczajnych, dziwnych, nielogicznych, zaskakująych, czy choćby PIĘKNYCH, a który zwiemy LUDZKĄ CYWILIZACJĄ.
Bo przeciętność jest nudna. Bo normalność nikogo nie ciekawi. Dlatego aby zwrócić uwagę na swoje umiejętności wokalne Stefani Joanne Angelina Germanotta przyjęła pseudonim Lady Gaga i pojawiła się na gali MTV w 2010 roku w kreacji zrobionej z wołowego mięsa! Dlatego politycy wiedzą, że zapewanianie ludziom ciepłej wody w kranie to nie jest recepta na długotrwałe rządy i zamiast tego prowadzą bezkompromisową WOJNĘ przeciwko rywalom, obrzucając się nawzajem najgorszego rodzaju epitetami i nie stroniąc od ordynarnych wyzwisk i kłamstw. Tak trzymają wiernych wyznawców w napięciu i wiecznym pogotowiu. Dlatego w końcu wspominamy i wiecznie podziwiamy dzieła szalone, niekoniecznie funkcjonalne – jak Wieża Eiffel’a w Paryżu, a nie pamiętamy o jego moście w Cubzac-les-Ponts. Ten drugi doskonale spełnia swoją funkcję, ale nikogo to nie obchodzi.


Taki jest też dom pani Farnsworth. Nie ma sensu. Jest kompletnie przeszklony z czterech stron. Bardzo kosztowny w utrzymaniu, bo ściany są wykonane (dla oszczędności) z pojedynczych tafli szkła i trudno go skutecznie ogrzać zimą. Działka na której się znajduje – choć malownicza – to sąsiaduje z dziką rzeką, która regularnie co kilkanaście lat kompletnie zalewa dom i wymaga on wtedy odbudowy. Do kompletu płaski dach przecieka, a wszystkie instalacje upchnięto w małej wydzielonej przestrzeni i są niezwykle skomplikowane.
Ale pobudza wyobraźnię. Dla wielu jest ucieleśnieniem czystej architektonicznej formy. Jego historia jest pogmatwana – ale sama idea, którą demonstruje, była (i jest) natchnieniem dla tysięcy osób marzących o doświadczeniu życia w takim jedynym w swoim rodzaju domu. Osób takich jak ja.
Przez ostatnie stulecie wybudowano dziesiątki/setki podobnych konstrukcji. Mniej lub bardziej szalonych, zawsze z wielkimi przeszklonymi ścianami. Prostych pawilonów, nie oddzielających swoich mieszkańców od otoczenia, ale wprost przeciwnie – zlewająych ich z nim, zacierających granicę między „My home is my castle” i „The world is my oyster„…

Co z tą moralnością?
Kiedy otwierasz się na Świat, na Twoje otoczenie, to bliższe i dalsze, to ważne jest żeby nie zatracić SIEBIE. Nawet gdy odstajesz, gdy wydaje się, że tylko TY podziwiasz pomysł na dom ze szklanymi ścianami, to wbrew rozumowi i osobistej godności byłoby pociągnąć za lejce, przyhamować i wbrew sobie przytaknąć inaczej myślącemu tłumowi. To całkowicie niezgodne z MOJĄ WEWNĘTRZNĄ moralności. A najgorszą zbrodnią jest oszukiwać samego siebie!
Jeśli zatem we własnym sumieniu nie zgadzasz na porzucenie marzeń. Jeśli nie chcesz świecić oczami przed wewnętrznym Sądem Najwyższym, to najprościej jest zachować spójność. Mieć NA WIERZCHU to jakim jesteś w środku. Po prostu.
Tak właśnie z miłości do architektury modernistycznej, do idei Bauhausu (o kolorowym i szalonym świecie tej efemerycznej szkoły przyjdzie jeszcze czas napisać), do ekshibicjonistycznego pawilonu pani Farnsworth, do jedności z naturą jaki życie w takim miejscu daje, wynika moja moralność. Być może szalona, niezwykle droga, snobistyczna, nie szanująca innych, ale spełniająca wszystko to, czego od niej oczekuję – dająca mi radość i poczucie wolności. A nic innego się dla mnie nie liczy.
Nie namawiam do pójścia DOSŁOWNIE w moje ślady. Twoja ścieżka może być zupełnie inna. Jednak jeśli jeszcze tego nie zrobiłeś (albo nie zrobiłaś), to być już najwyższy czas: wydestyluj swoją wewnętrzną istotę i pozwól jej pooddychać świeżym powietrzem. Oswój swoje otoczenie ze swoim PRAWDZIWYM JA. Czasem może to być z początku dla wielu bolesne, być może droga do samoakceptacji i poszanowania dla CIEBIE u innych będzie długa, ale wierzę mocno, że efekt jest tego warty.
I na koniec rzecz prawdopodobnie najważniejsza: gdy jest nas DWOJE, to nie ma na nas siły. Czego i Wam z całego serca życzę.



